Thursday, March 13, 2008

cza

czasem nadchodzi taki dzien, ze jedyne, co chcesz zrobic, to biec, az padniesz, albo pic, az padniesz.
dzis jest ten dzien.
wybralam silownie.
45 minut to za malo.
powstrzymuje sie przed wziaciem do reki butelki wina.
chociaz fajke…jednego malego papierosa…az czuje jego smak.
J nie ma, przyjaciol nie ma.
sa zdjecia, muzyka i bezsensowne marzenia.
mimo kubla zimnej wody, jaki spadl dzis na moja glowe.
ja tego nie wytrzymam…
Posted by teacat at 23:02:20 | Permalink | Comments (2)

Monday, March 10, 2008

pon

poniedziałek.

prysznic sie popsul. woda ledwie ciurka. wlosy musialam dzis umyc w zlewie w kuchni (w umywalce male kraniki - oddzielnie na ciepla i zimna wode. wciaz nie wiem, co za retyn to wymyslil, ale na wyspach dzielnie sie tego wynalazku trzymaja).
poszlam od rana na uczelnie, w ulewie nieziemskiej (z nieba przeciez lecialo…), tylko po to, zeby kupic rozpuszczalniki i oddac probke na NMRa. C mnie wysmial ( ze moglam zostac w lozku… jakbym nie przyszla, to bym pewnie miala dupe obrabana, ze on zawsze chodzi, a ja sie wyleguje). przylecialam do domu (deszcz z taka sama sila zacinal), bo panowie maja nowa lodowke przyniesc. w godzinach od 11 do 14, bo sie oczywiscie sprecyzowac nie moga.
w czasie, kiedy bylam sobie w lazience, w kuchni zaczela sie impreza. korek, z wczoraj naczetej butelki wina bialego musujacego, wystrzelil sobie malowniczo w sciane. a za nim reszta zawartosci. dwie sciany, sufit i podloga w winie. tablica na notatki i szyna magnetyczna z nozami. dwie siatki i szuflada z jedzeniem (co wywedrowaly ze starej lodowki) - wszystko zalane. ale to nie koniec - myjac sciane, stracilam zegar. i mialam podloge w winie i szkle. zeby bylo latwiej czyscic.
najlepsze jest to, ze ferelna butelka wyladowala sobie w siatce z serami, lamiac pokrywke jednego z pojemnikow. i stala sobie tam szyderczo z polowa zawartosci (przed natychmiastowym wpakowaniem jej w siebie powstrzymala mnie mysl, ze jeszcze raz na uczelnie musze isc).
uporalam sie w koncu z czyszczeniem wszystkiego (chociaaz i tak wciaz jak w gorzelni smierdzi). chce sobie zrobic kawe na pocieszenie. nie ma mleka. chociaz wczoraj bylo 1,5l. pije podwojne esspresso z tona cukru. prawdziwie po wlosku.
co do wloskiego - A dzis tylko badawczo mi sie przygladal. nie wiem - oczekiwal komentarza do piatku, kiedy to wyglosilismy piekne zdania: nie jestem pewna, czy wiem, co to jest milosc (ja) i nie wiem, czy wierze w milosc (A). in vino veritas, mowia…

lodowka w drodze. bedzie za pare minut. mam nadzieje, ze lepsza od poprzedniej (nowa, nie znaczy dobra).
boje sie isc na uczelnie. reakcja niby prosta, ale egzotermiczna. z moim szczesciem dzisiaj… labu nie wysadze, ale sobie prace dwoch dni moge zmarnowac…
boje sie tez isc na silownie. po pierwsze, wygladam jak hipopotam (wniosek wyciagniety po wczorajszej probie kupna stroju plywackiego), po drugie - dzis tylko sobie miesnie moge ponaciagac.

lodowka przyjechala. dokladnie ten sam, badziewny model, co wczesniej. znowu bedzie problem - chcemy calosc uzywac jako zamrazalnik, czy calosc jako lodowke (nie ma opcji swiezych warzyw i lodow jednoczesnie).

ktos to przebije, co?!

Posted by teacat at 13:23:06 | Permalink | Comments (2)

Tuesday, March 4, 2008

kre

kręci mnie w nosie. jeśli jutro będę chora, pewien zasmarkany makaroniarz zginie. z rąk moich własnych. bo mówić takiemu, że ma iść do domu i nie siać (zresztą mówić to ja mogę dużo. i tak nie słucha. do tego stopnia, że nie słucha, jak mu mówię, że mnei nie słucha….).
A bilety ma na piątek. he! i nic z tego w sumie :(
idę spać. dreszcze się przyplątały…
Posted by teacat at 22:34:05 | Permalink | No Comments »

Sunday, March 2, 2008

rad

radiohead w czerwcu. bilety zakupione. a juz myslalam, ze przepadlo. wyprzedane byly w tempie rekordowym i mimo zorganizowania drugiego koncertu w przeciagu paru dni - tylko e-bay. cos mnie dzis natchnelo i kazalam J sprawdzic, jak ceny stoja. wszedl na ticketmastera - a tam bilety w normalnej cenie. na piatek. skacze pod sufit z radosci.
tylko jedno pytanie mnie nurtuje - na kiedy bilety ma A. w jakis sposob fajnie byloby z nim jechac (chociaz pewnie ma juz grupe). J nie lubi radiohead, jedzie dla mnie. zawsze milej, jak sie ma kogos obok, z kim mozna dzielic…e…radosc sluchania?
anyway, dowiem sie jutro.
teraz czas na beze z truskawkami ileona. jak J powiedzial - you are totaly in love with natalie portman. otoz - yes, I am!
ha!
Posted by teacat at 19:18:14 | Permalink | No Comments »

Friday, February 22, 2008

you

You have absoutley no messages…not a single one…not even from your mother.

co akurat nie jest dziwne, skoro siedzi obok mnie. ale czy nie jest dziwne, ze wysyłasz zaproszenie do kina do 11 osób, tak z grubsza licząc, i nie dostajesz ani jednej odpowiedzi? wiem, ze za późno wysłane i z błędami…ale ani jednej? nikt się nie spytał, czy poszłam w końcu i na co. i jak tu zawierać przyjaźnie, skoro wszyscy mają cię głęboko w …
taki post rozpaczliwiec. ale właśnie jestem w domu, rozpieszczana, przyjaciele i znajomi pytają się kiedy na kawę itp (dobra, za dużo ich nie ma, ale liczy się jakość, nei ilość). na samą myśl, że mam wrócić do dublina i być sama jak palec, to mi się wyć chce. mimo że już po pełni…

Posted by teacat at 21:35:53 | Permalink | No Comments »

Wednesday, February 20, 2008

bek

be kind rewind. wciąż nie mogę przestać się uśmiechać. jack black - adorable! (jak dla mnie zresztą zawsze)
szkoda, że w kinie byłam sama (hehe - samotna wśród tłumu - sala pełna). chciałabym jakoś podzielić się ta radością. z kimś.

czas spać. jutro pakowanie.

Posted by teacat at 23:16:14 | Permalink | No Comments »

Tuesday, February 19, 2008

all I need

I’m the next act
Waiting in the wings
I’m an animal
Trapped in your hot car
I am all the days that you choose to ignore

You are all I need
You’re all I need
I’m in the middle of your picture
Lying in the reeds

I am a moth
Who justs wants to share your light
I’m just an insect
Trying to get out of the dark
I wanna stick with you, because there are no others

You are all I need
You’re all I need
I’m in the middle of your picture
Lying in the reeds

It’s all wrong
It’s all right
It’s all wrong
It’s all right
It’s all wrong
It’s all right
It’s all wrong
It’s all right
It’s all wrong
It’s all right

CDP po długiej przerwie. jestem zła na swoje ciało. zadaję mu ból. dobrze mu tak.
idę na tortury ze szczotką antycellulitową.
zjem grejfruta.
i jutro będę udawać, że jestem piękna…

Posted by teacat at 23:25:22 | Permalink | No Comments »

Wednesday, January 30, 2008

pod

po dwunastu godzinach spędzonych na uczelni:
1-odgrzlam sobie lazanie - do sklepu już nie chciało mi się iść, robienie zdrowych sałatek też jakoś nei wchodziło w grę,
2-obejrzałam film - surf up nie jest zły - pozytywnie zaskoczona,
3-zmobilizowałam się i zrobiłam serię ćwiczeń dla placków (CDP).

wnioski dziś wyciągnięte:
niejedzenie po 18, nawet 20 nie wchodzi w grę, jeśli jest się studentem.
faceci to dzieci. zrobisz dwa ogonki, a na pewno cię któryś za jeden pociągnie (facet ogonka, nie odwrotnie).
zdecydowanie wolę słuchać muzykę niż estryfikować…

koty idą spać…
i śnić o wspólnym kinie. albo chociaż filmie z monitora, z butelką wina i after five…

Posted by teacat at 00:23:58 | Permalink | No Comments »

Monday, January 28, 2008

pos

postanowienia nienoworoczne. co by w pięć tygodni stać się półbóstwem i bez wstydu zapisać się na siłownię. i w ogóle lepiej się poczuć. i nei wyglądać, jak większość irlandek, jak w 5-tym miesiącu ciąży.

1-ćwiczyć - mój własny zestaw dla placków (4 ćw ze stronki mi wiadomej+brzuszki klasyczne+przysiady, też klasyczne+przepychanie się ze ścianą dla biustu pięknego) 5 razy w tygodniu, no conajmniej 3, gdyby się zdarzyły: jakieś cudowne wyjścia środkowotygodniowe, imprezy, kina zbiorowe i nasiadówki (prawdopodobieństwo zaistnienia powyższych sytuacji znokome z powodu braku znajomych/przyjaciół (a&m nie uwzględniam z racji tego, że działają mi na nerwy));
2-pić butelke wody mineralnej dziennie. dopelniac herbatkami (odszukać w szafie zieloną i może zakupić czerwoną…blee), kubusiami, ewentualnie lampką wina, tudzież bulmersem po obowiązkowym meetingu po meetingu (a co!);
3-przeprosić się z grejpfrutami, marchewką i tarką do warzyw;
4-w ogóle jeść więcej warzyw;
5-popaść w białe szaleństwo i regularnie ogałacać sklepy pobliskie ze serka wiejskiego;
6-zacząć spożywać ryby i nie patrzeć na cenę, znaleźć sklep z rybami w centrum, zakupić tuńczyka w puszce - też ryba w końcu nie?;
7-nie jeść po…eee…20? albo jeść tylko warzywa i owoce w ilości niewielkiej;
8-pozbyć się sierści upadabniającej do bambi (nie o rzęsy chodzi);
9-pozbyć się stóp mamucich;
10-malować paznokcie (przynajmniej może zaczne regularnie rękawiczek w labie używać) i przestać dłubać w skórkach;
11-używać częściej kremu do rąk i różnych smarowideł ogólnie.

komuś coś jeszcze do głowy przychodzi? bo mnie już moja rozbolała….

Posted by teacat at 21:07:19 | Permalink | Comments (1) »

Wednesday, October 17, 2007

moj

moje życie wewnętrzne ulega powolnej destrukcji

czas na actimela

Posted by teacat at 12:48:01 | Permalink | No Comments »