ton
jak widac nie popadlam w obled, chociaz czasem bliska tego bylam. wyciszylam sie. wydaje sie, ze juz wszytsko ok, tylko czasem mi lekko odbija i ochota na makaron wraca.
poza tym leniwca dostalam. przestalam chodzic na silownie i obrastam w tluszczyk. zwlaszcza, ze ostatnie tygodnie obfitowaly w slonce (tak, slonce na wyspie, niemozliwe!!!) i bbqs. wzrosla sympatia do pewnego czecha. juz nie tylko mamy poczucie humoru podobne, okazuje sie, ze rowniez gusta muzyczne. utworu przez niego skomponowanego slucham maniacko, do kompletnego paralizu mozgu.
na uczelni stara nuda. spasowalam troche. troche bardzo. obijam sie znaczy. czasem mnie nachodzi obawa, ze ktos mi przypomni, ze powinnam na uczelni spedzac co najmniej 40h - efektywnie. czasem…
w domu - moj osito (MO) zmienil prace na lepsza (w tym lepiej platna). cieszy sie jak mrowek, ja z nim. poza tym, ze wstaje o tej samej godzinie i mnie doprowadza do szalu. ja rano potrzebuje spokoju. musze wolno otrzasnac sie z tego strasznego przezycia, jakim jest wyrwanie ze snu. wszelkie zbedne czynnosci, dzwieki (zwlaszcza hiszpanskie radiowe belkotanie) nalezy wyeliminowac. przytulanie i calowani tez nie jest wskazane przed podaniem kawy. blokowanie lazienki grozi smiercia itp.
a poza tym MO przypadkowo unicestwil piekarnik. nowy bedzie. cale szczescie na koszt lanlorda.
3krotnie wybieralam sie na sex and the city. brak biletow albo brak seansu (sic!). no nic. pojde w ten weekend. albo za dwa tygodnie, jak fala opadnie.
a jutro koncert. THE ONE!!! nie moge z radosci i ze strachu (a co bedzie, jak nie bedzie tak fanie, jak sie spodzewam, jak deszcz spadnie i MO bedzie marudzil, jak wytrzymam, jak mnie napadnie ochota niekontrolowana na makaron). nie wiem, w co sie ubrac tradycyjnie. ale jak mozna cos takiego latwo rozwiazac w tym klimacie diabelnym? (dzis w kozakach na uczelni bylam, ocieplanych, nie bylo mi za cieplo.) cholera, bedzie dobrze, nie? musi byc.
“it will be magic concert” according to A. gdyby pewna magia sie wydarzyla…
tfu, tfu. makaron szkodzi zdrowiu. tagiatelle z meatballsami nigelly wyborne. chrzanic cholesterol. a zreszta - mieso dobre, pomidory dobre, a ze parmezan? z trawy (trawa przetworzona przez krowe, nie?). warzywo.
no nie - zaleglosci nadrobic sie nei da. gdzie cudowny dzien w malahide? gdzie targ, gdzie slonce? przepadlo! >puf<
There is no such thing as failing at blogging.