Monday, June 30, 2008

wra

wracajac do naszej rozmowy - wlaczam radiohead… ale nie ma cie obok mnie.
ach, spaghetti. od makaronu sie tyje. zwlaszcza jak sie go zagryza crem brule i czekolada.

I want to
I want to be someone else or I’ll explode
Floating upon this surface for the birds
The birds

You want me?
Fucking well come and find me
I’ll be waiting
With a gun and a pack of sandwiches
And nothing
Nothing

You want me?
Well come on and break the door down
You want me?
Fucking come on and break the door down
I’m ready

ilez to razy sluchalam tej piosenki jako smarkacz(ulubiona z romeo&juliet), nie wiedzac, ze to radiohead?…

Posted by teacat at 21:20:36 | Permalink | Comments (2)

Thursday, June 5, 2008

ton

to nadrabiam zaleglosci… sporo tego
jak widac nie popadlam w obled, chociaz czasem bliska tego bylam. wyciszylam sie. wydaje sie, ze juz wszytsko ok, tylko czasem mi lekko odbija i ochota na makaron wraca.
poza tym leniwca dostalam. przestalam chodzic na silownie i obrastam w tluszczyk. zwlaszcza, ze ostatnie tygodnie obfitowaly w slonce (tak, slonce na wyspie, niemozliwe!!!) i bbqs. wzrosla sympatia do pewnego czecha. juz nie tylko mamy poczucie humoru podobne, okazuje sie, ze rowniez gusta muzyczne. utworu przez niego skomponowanego slucham maniacko, do kompletnego paralizu mozgu.
na uczelni stara nuda. spasowalam troche. troche bardzo. obijam sie znaczy. czasem mnie nachodzi obawa, ze ktos mi przypomni, ze powinnam na uczelni spedzac co najmniej 40h - efektywnie. czasem…
w domu - moj osito (MO) zmienil prace na lepsza (w tym lepiej platna). cieszy sie jak mrowek, ja z nim. poza tym, ze wstaje o tej samej godzinie i mnie doprowadza do szalu. ja rano potrzebuje spokoju. musze wolno otrzasnac sie z tego strasznego przezycia, jakim jest wyrwanie ze snu. wszelkie zbedne czynnosci, dzwieki (zwlaszcza hiszpanskie radiowe belkotanie) nalezy wyeliminowac. przytulanie i calowani tez nie jest wskazane przed podaniem kawy. blokowanie lazienki grozi smiercia itp.
a poza tym MO przypadkowo unicestwil piekarnik. nowy bedzie. cale szczescie na koszt lanlorda.
3krotnie wybieralam sie na sex and the city. brak biletow albo brak seansu (sic!). no nic. pojde w ten weekend. albo za dwa tygodnie, jak fala opadnie.

a jutro koncert. THE ONE!!! nie moge z radosci i ze strachu (a co bedzie, jak nie bedzie tak fanie, jak sie spodzewam, jak deszcz spadnie i MO bedzie marudzil, jak wytrzymam, jak mnie napadnie ochota niekontrolowana na makaron). nie wiem, w co sie ubrac ;) tradycyjnie. ale jak mozna cos takiego latwo rozwiazac w tym klimacie diabelnym? (dzis w kozakach na uczelni bylam, ocieplanych, nie bylo mi za cieplo.) cholera, bedzie dobrze, nie? musi byc.
“it will be magic concert” according to A. gdyby pewna magia sie wydarzyla…

tfu, tfu. makaron szkodzi zdrowiu. tagiatelle z meatballsami nigelly wyborne. chrzanic cholesterol. a zreszta - mieso dobre, pomidory dobre, a ze parmezan? z trawy (trawa przetworzona przez krowe, nie?). warzywo.

no nie - zaleglosci nadrobic sie nei da. gdzie cudowny dzien w malahide? gdzie targ, gdzie slonce? przepadlo! >puf<

Posted by teacat at 22:21:22 | Permalink | Comments (1) »