poniedziałek.
prysznic sie popsul. woda ledwie ciurka. wlosy musialam dzis umyc w zlewie w kuchni (w umywalce male kraniki - oddzielnie na ciepla i zimna wode. wciaz nie wiem, co za retyn to wymyslil, ale na wyspach dzielnie sie tego wynalazku trzymaja).
poszlam od rana na uczelnie, w ulewie nieziemskiej (z nieba przeciez lecialo…), tylko po to, zeby kupic rozpuszczalniki i oddac probke na NMRa. C mnie wysmial ( ze moglam zostac w lozku… jakbym nie przyszla, to bym pewnie miala dupe obrabana, ze on zawsze chodzi, a ja sie wyleguje). przylecialam do domu (deszcz z taka sama sila zacinal), bo panowie maja nowa lodowke przyniesc. w godzinach od 11 do 14, bo sie oczywiscie sprecyzowac nie moga.
w czasie, kiedy bylam sobie w lazience, w kuchni zaczela sie impreza. korek, z wczoraj naczetej butelki wina bialego musujacego, wystrzelil sobie malowniczo w sciane. a za nim reszta zawartosci. dwie sciany, sufit i podloga w winie. tablica na notatki i szyna magnetyczna z nozami. dwie siatki i szuflada z jedzeniem (co wywedrowaly ze starej lodowki) - wszystko zalane. ale to nie koniec - myjac sciane, stracilam zegar. i mialam podloge w winie i szkle. zeby bylo latwiej czyscic.
najlepsze jest to, ze ferelna butelka wyladowala sobie w siatce z serami, lamiac pokrywke jednego z pojemnikow. i stala sobie tam szyderczo z polowa zawartosci (przed natychmiastowym wpakowaniem jej w siebie powstrzymala mnie mysl, ze jeszcze raz na uczelnie musze isc).
uporalam sie w koncu z czyszczeniem wszystkiego (chociaaz i tak wciaz jak w gorzelni smierdzi). chce sobie zrobic kawe na pocieszenie. nie ma mleka. chociaz wczoraj bylo 1,5l. pije podwojne esspresso z tona cukru. prawdziwie po wlosku.
co do wloskiego - A dzis tylko badawczo mi sie przygladal. nie wiem - oczekiwal komentarza do piatku, kiedy to wyglosilismy piekne zdania: nie jestem pewna, czy wiem, co to jest milosc (ja) i nie wiem, czy wierze w milosc (A). in vino veritas, mowia…
lodowka w drodze. bedzie za pare minut. mam nadzieje, ze lepsza od poprzedniej (nowa, nie znaczy dobra).
boje sie isc na uczelnie. reakcja niby prosta, ale egzotermiczna. z moim szczesciem dzisiaj… labu nie wysadze, ale sobie prace dwoch dni moge zmarnowac…
boje sie tez isc na silownie. po pierwsze, wygladam jak hipopotam (wniosek wyciagniety po wczorajszej probie kupna stroju plywackiego), po drugie - dzis tylko sobie miesnie moge ponaciagac.
lodowka przyjechala. dokladnie ten sam, badziewny model, co wczesniej. znowu bedzie problem - chcemy calosc uzywac jako zamrazalnik, czy calosc jako lodowke (nie ma opcji swiezych warzyw i lodow jednoczesnie).
ktos to przebije, co?!