Sunday, October 29, 2006

murzynkowe five o’clock

jestem mistrzynią w pieczeniu bez czegoś. bez czegoś to nie żadna nazwa nowej potraway, lecz moja skleroza, fish memory, cokolwiek. kiedyś tam, w trakcie pieczenia murzynka, przypomniałam sobie, że w domu ni grama proszku do pieczenia nie ma. sypnęłam szklankę kokosu i wyszła najprawdziwsza pyszna murzynka!

leje, wicher wieje (aczkolwiek ciepły i przyjemny, aż by się chciało nad morzem z takim wichrem poszaleć), szaro, buro i ponuro. w domu ze słodyczków tylko cukierki, przejadly mi się, zatem do murzynka zabrałam się ochoczo. wszystko szło popisowo (łącznie z poparzonym językiem), aż do momentu, kiedy przyszło dodać jajka. i tu fish part of my memory odpłynęła na chwilę w dal, a ta część normalna, dzięki której jeszcze jakoś żyję, wyciągnęła z zakamarków mózgu wspomnienie, że ostatnie jajka, sztuk dwie, były wczoraj zużyte do sporządzenia kotletów, sztul trzy. no to dziś, zamiast kotletów, klops.

w przypływie natchnienia wrzuciłam do kakaowej masy konfitury z żurawin (i tak kwaśna była, nikt jej za bardzo jeść ne chciał), rodzynek, suszonych gruszek i jabłek, co jeszcze od ostatniej Gwiazdki się ostały oraz po szczypcie cynamonu, imbiru i gałki muszkatołowej (piękne słowo - muszkatołowa! brzmi jak szlacheckie nazwisko). mąki sypnęłam pół szklanki więcej niż w przepisie, pacnęłam to wszystko na blaszkę szklaną, znaczy formę szklaną, bo blaszka za duża była. i czekam na efekty.

dobre będzie. co ma nie być. wszystko dobre jest - cukier, kakao - pycha!, owoce - pyszna mieszanka, mąka nie taka jak kiedyś (co oni do tej mąki teraz dodają? piasku? no bo co można tańszego od mąki?), ale po upieczeniu jadalna być powinna. a że jajka? jajka cholersterol mają. i powodują alergie.

ech - ja tu siedzę i piszę, a Mi Osito w Irlandii się bawi w najlepsze. za pszczółkę przebrany. przerozkoszny Gucio z niego. przytulanek mój. kropka.
pewnie też w Irlandii za niedługo zabawię. ale o tym narazie sza… jeszczę zapeszę.

Posted by teacat at 14:25:57 | Permalink | No Comments »